13936584_10201989695980170_1963066776_n

 

Jesteśmy szczęśliwymi rodzicami dziesięciomiesięcznej Łucji. Chodziliśmy do szkoły pani Ani przez kilkanaście tygodni regularnie co tydzień. Raz chyba nawet nie spóźniliśmy się…

Na zajęciach słynąłem z zadawania „inteligentnych” pytań i średnio udanych ćwiczeń przebierania na szkolnym manekinie Franku (tak, tak bardzo modne imię z perspektywy pół miliona kredytobiorców w Polsce). Jak się później okazało, zakładanie ubrań lalce w porównaniu do prawdziwego dziecka to była tylko lekka rozgrzewka. Wieloletnie doświadczenie prowadzącej owocuje skrajnymi przykładami z cyklu „jak nie należy postępować z dzieckiem”. Historie pani Ani są czasem tak „mrożące” krew w żyłach, że powieści Stephena Kinga są przy tym niczym bajeczki z cyklu „Poczytaj mi Mamo”.

Oczywiście żartuję, ale prawdą jest, że w swojej karierze pani Appelt (pozdrowienia!) ma niezliczoną ilość przykładów z prawdziwego życia. To jest coś, czego nie ma w podręcznikach, ani na forach internetowych (offtopic: legenda głosi, że ktoś na forum internetowym chciał zasięgnąć rady i potraktowano go kulturalnie).

Pani Ania służyła nam pomocą wiele razy już po zakończeniu zajęć i jeszcze pewnie nieraz pozawracamy jej głowę. Odwiedziła nas w szpitalu uśmiechając się do naszego dzidziusia i uspakajając żonę, tłumacząc, że ze stu problemów, które miała, 99 tak naprawdę jest czymś normalnym. Nasz poród przypominający trochę sceny z Egzorcysty (1973 r.) przebiegł bezproblemowo (żona jest nieco innego zdania) i dzięki wskazówkom z „Vity” udało się nam nawet pobrać krew pępowinową – w zestawie przyniesionym dosłownie w ostatniej sekundzie.

Dziecko, które przyszło na świat wydawało dźwięki niczym mały kotek i ruszało wszystkimi kończynami niczym karateka. Nie było takie ładne jak w hollywoodzkich filmach. Było opuchnięte niczym Rocky Balboa po walce, ale dla nas oczywiście było najpiękniejsze.

Wróćmy jednak do samej szkoły. Na ścianach sali, w której odbywają się zajęcia zawieszone są setki zdjęć od najbardziej zaszumionych zrobionych telefonami komórkowymi po takie, mówiąc kolokwialnie „wypasione”, w dobrze oświetlonym studio, profesjonalnie obrobione. Dzieciaczki na nich są słodkie. Jest klimatyzacja, która powoduje, że czasem w upalne i duszne dni aż żal wychodzić.

Ostatnią i najważniejszą rzeczą w usytuowanej przy ulicy Sobieskiego szkole jest magia. Na początku niczym „mugole” nie dostrzegamy jej, ale z każdym kolejnym spotkaniem ona przenika nas. Gdy wraca się do „Vity” po porodzie, po dwóch, pięciu miesiącach czuje się tę magię najmocniej.