image-1~2

 

W pewien zimny, listopadowy poranek dowiedzieliśmy się, że nasze życie zmieni się o 180 stopni. Malutka istotka przyjdzie na świat za dziewięć miesięcy. Postanowiliśmy się dobrze przygotować do nowej roli: kupiliśmy kilka książek, obejrzeliśmy filmiki w internecie. Jednak ciągle chcieliśmy mieć więcej wiedzy praktycznej. Po warsztatach promujących bezpieczeństwo malucha zapisaliśmy się do szkoły rodzenia VITA. Nauczyliśmy się tam oddychać, kąpać maleństwo, wiedzieliśmy jak się zachować gdy nadejdzie „ten moment” oraz jak to będzie przebiegało. Zaplanowaliśmy nawet czas porodu po zakończeniu Mistrzostw Świata w Brazylii ;). Życie napisało jednak inny scenariusz. Zdobyta wiedza pozwoliła na pełną świadomość tego, co się dzieje, jednak odbiegło to znacznie od tego, co sobie wyobraziliśmy. Poród był indukowany, trwał wiele godzin, nie było piłki i relaksującego prysznica. Bóle krzyżowe i podłączona kroplówka nie ułatwiły przebiegu porodu. Po kilku godzinach spędzonych na porodówce nauczyłem się kasować urządzenie do zapisu KTG oraz dokładnie analizowałem jego wykresy.

Na kolejną zmianę przyszła elegancko ubrana położna o imieniu mojej teściowej. Potraktowałem to za dobry znak szybkiego końca.    W pięknym białym stroju przyjęła poród.

Z dumą przeciąłem pępowinę i mieliśmy czas dla siebie. Nasze małe szczęście pojawiło się na świecie. Córka była najpiękniejszym niemowlakiem jakiego widziałem. Pomyśleliśmy, że najgorsze za nami. Kolejnego dnia moja zdeterminowana do karmienia piersią żona próbowała nakarmić dziecko. Nie poszło to tak jak pokazują filmy w internecie, w których dzieci są wyjątkowo spokojne i cierpliwie. Nasz mały oryginał nie był podręcznikowym dzieckiem. Mleko musiało być tu i teraz.

Zaczęliśmy pisać nasz własny podręcznik „Laktacja dla opornych”. Jeszcze w szpitalu próbowano nam pomóc jak właściwie przystawić naszego małego nerwuska, niestety bezskutecznie. Po wypróbowaniu wszelkich sposobów przełamaliśmy się i wybraliśmy nasze ostatnie koło ratunkowe „telefon do Przyjaciela”. Pani Ania pocieszyła nas, udzieliła cennych wskazówek i pomogła rozwiązać problem. Po kilku dniach pojawił się kolejny, a potem kolejny i kolejny… W międzyczasie staliśmy się ekspertami od wszelakiego rodzaju osłonek dostępnych na polskim rynku i wykorzystujemy tę wiedzę do dzisiaj. Gdy stawaliśmy pod ścianą wykonywaliśmy „telefon do Przyjaciela”. Szczęśliwie córka była karmiona piersią ponad rok, było to dla nas piękne przeżycie. Żona się nigdy nie poddała, w swojej walce potrzebowała wsparcia, które otrzymała od Pani Ani (i ode mnie). Dzisiaj, kiedy po raz drugi zostaliśmy rodzicami i wydawało się nam, że wiemy już wszystko, znowu piszemy kolejny rozdział naszego podręcznika o laktacji. Wciąż mamy możliwość „telefonu do Przyjaciela”. Wiemy, że nie ma sytuacji bez wyjścia, możemy zawsze liczyć na panią Anię, jej dobre słowo i cenne rady. Dziękujemy!